Urlop, urlop i po ptokach

Niedawno wróciłam z wyjazdu. Było REWELACYJNIE :) Naprawdę, nie spodziewałam się że będzie tak fajnie. Galopu co prawda dalej się nie nauczyłam (za mało czasu), za to pierwszy raz pływałam na koniu w jeziorze, a co za tym idzie po raz pierwszy siedziałam na nim na oklep. Bardzo ciekawe przeżycie. Oprócz tego fantastyczne wypady terenowe, wieczorne ogniska, śpiewy, kajaki, piękne okoliczności przyrody, kociaki-przytulaki, całkiem sympatyczny pies i domowe jedzenie.
Wyjazd skończył się zdecydowanie za krótko, a o drodze powrotnej nie chcę pamiętać. Auto mam w warsztacie, a do domu wróciłam kilka godzin później niż to było w planach i nie chce mi się nawet o tym rozpisywać, bo to była bardzo ciężka podróż.

Dzisiaj był ostatni dzień moich wakacji, od poniedziałku znów do pracy, ekstra.
Widziałam się też z A. Pogadaliśmy, powiedziałam mu co mi leżało na wątrobie, przeprosił mnie i przyznał, że to spieprzył. Dał jednak wyraźnie do zrozumienia, że nie chce kończyć znajomości, więc piłka wciąż jest w grze, zobaczymy jak się dalej potoczy. W niedzielę mamy się znów zobaczyć, ciesze się.
Aaa... zobaczyłam przelotnie jego ciało, kiedy ściągał bluzę. Rany boskie... trzeba się za siebie wziąć, bo wygląda... no, bardzo dobrze wygląda. Jest wyraźnie umięśniony, ale szczupły - nie napompowany. Jakby tak przyszło mi się przed nim rozebrać, to trochę wstyd...

Jeśli chodzi o Kota, to chyba jest ok. Mamy jakiś kontakt ze sobą, być może się spotkamy - ale podchodzę do tego ostrożnie, bo z nim nigdy nie wiadomo. To głupie, ale zdecydowanie mi lepiej, kiedy mamy dobre relacje. Wtedy jakoś wszystko się układa - z A., w domu, w pracy...
Za to ostatnio czułam do niego chwilowy niesmak, bo obrzydził mnie jego... ekhm, żarcik. Potem oczywiście mi przeszło.